Wielkimi krokami zbliża się koniec roku 2010. Naszły mnie na wspomnienia sprzed dwóch lat, kiedy to postanowiłem „na stałe” wrócić do Polski, po półtora roku pobytu w królestwie jej wysokości Elżbiety II. Przyznam byłem wtedy młody, głupi, naiwny, pełen nadziei na lepsze jutro w naszej kochanej Rzeczypospolitej. Nie przypuszczałem nawet, że mój powrót „na stałe” potrwa tylko 6 miesięcy.
Rok 2008 wielu Polaków zapewne zapamięta jako rok pewnych wątpliwości. W magazynie w którym pracowałem dość sporo rodaków, którzy nie zapuścili tutaj głębszych korzeni miało rozterki czy tutaj nadal zostać czy może wrócić do Polski. Wszyscy podkreślali że „kiedyś”, gdy tu przybyli funt kosztował 6,80 zł a dziś kurs wymiany spadł do 4 zł i co będzie dalej? Dla wielu osób przestało się opłacać utrzymywać rodzinę w Polsce. Bezrobocie w Polsce z 20% jakie było „kiedyś” spadło w ciągu kilku lat do 8,5%. W krótkim czasie również znacząco wzrosły też zarobki w Polsce. Wielu Polaków w UK zadawało sobie coraz częściej pytanie: „Co ja tu robię?”. Z tamtych czasów zapadła mi w pamięci propagandowa strona internetowa www.wracajdopolski.pl (z tego co widzę strona nadal istnieje w wersji mniej propagandowej), na której wyraźnie można było przeczytać o niskich kosztach utrzymania w Polsce i o drożyźnie w Wielkiej Brytanii, o kwitnącej polskiej gospodarce i perspektywach rozwoju w Polsce itp.
Tak więc podjąłem tę decyzję: Wracam!! Mam skończone studia, Po półtora roku pobytu udało mi się odłożyć kilka tysięcy funtów, mam w Polsce dużą rodzinę, masę znajomych, więc ktoś na początku na pewno pomoże. Powinno być dobrze.
W pracy złożyłem wypowiedzenie, sprzedałem samochód, załatwiłem wszelkie inne drobne formalności, i w końcu dwa dni przed wigilią 2008 upragniony wyjazd. Wrócić postanowiłem razem z kolegą z mojej wioski, który na Boże narodzenie wybierał się samochodem do Polski.
Po przejechaniu 1500 km dotarliśmy w końcu na polską granicę. Tutaj też zakończył się komfort jazdy po autostradzie. Pechowy okres, przed Bożym Narodzeniem na tą malutką dwupasmową dróżkę w jednym momencie zjechało się mnóstwo samochodów z całej europy. Pamiętam jak klęliśmy, stojąc w tym korku. Próba znalezienia drogi alternatywnej przez nawigację też się nie powiodła zazwyczaj kończyło się to na wyprowadzeniu nas na któryś z dojazdów budowanego odcinka autostrady A4 i trzeba było wracać z powrotem. Przejazd krótkiego odcinka ok 30 km do Bolesławca zajął nam bodajże 5 godzin!! Eh, nieważne…
Urzędy pracy.
Święta szybko minęły, więc nowy etap życia w Polsce postanowiłem rozpocząć od zarejestrowania się w pobliskim Powiatowym Urzędzie Pracy(Głubczyce – południe woj. Opolskiego). Dowiedziałem się tam również że z tego względu że przepracowałem półtora roku za granicą może mi przysługiwać zasiłek dla bezrobotnych. Trzeba tylko z Wielkiej Brytanii załatwić tzw. formularz E301, potwierdzający okres mojego zatrudnienia. Zarejestrowałem się więc na początek jako osoba bezrobotna bez prawa do zasiłku, oraz skontaktowałem się z HM Revenue w sprawie tego formularza.
Proces poszukiwania pracy rozpocząłem jednak we Wrocławiu, w którym mieszkał mój brat. Bez wątpienia w takim dużym mieście jest zawsze dużo więcej możliwości. Z tamtego okresu zapadła mi w pamięci moja pierwsza wizyta we Wrocławskim Powiatowym Urzędzie Pracy, gdy wybrałem się przejrzeć oferty pracy. Przed wejściem zaczepił mnie pewien pan, wyglądający jak osoba bezdomna:
– mistrzu, idziesz się może zarejestrować jako bezrobotny?
– nie – odpowiedziałem – idę tylko przejrzeć oferty pracy. A dlaczego pan pyta?
– no, bo mam do odsprzedania dobre miejsce w kolejce za 20 zł – oparł przemiły pan - W środku stoi kolega, który jest bodajże 3 lub 4 w kolejce.
Wybuchłem śmiechem. W ten sposób zarabiać na bezrobotnych? Jednak wchodząc do środka zrozumiałem, że gdybym miał tutaj się rejestrować to bym z pewnością zapłacił te 20 zł. Cały parter, pierwsze i drugie piętro oraz klatka schodowa to była jedna wielka kolejka do rejestracji.
Na czwartym piętrze znajdowały się oferty pracy. Tutaj też się trochę rozczarowałem, jeśli chodzi o sposób prezentacji ogłoszeń. Zwykła płyta do której pinezkami przyczepione są karteczki z ofertami pracy. Na górze każdej tablicy informacja „uprzejmie prosimy nie zrywać ogłoszeń”. Wśród różnych ofert pracy znalazłem dwie które mnie zainteresowały. Niestety, na ogłoszeniu nie było danych kontaktowych do pracodawcy, tylko informacja, że aby poznać więcej szczegółów odnośnie tej oferty, należy się udać do pokoju (bodajże) 603. Minąłem ogromny tłum ludzi i chwilę później znalazłem się pod drzwiami pokoju 603. Tutaj uświadomiłem sobie, że ten tłum, który minąłem to jest kolejka do pokoju 603! Ustawiłem się na końcu, trzeba będzie poczekać. Kolejka posuwała się dość sprawnie i po upływie jedynie 2 godzin znalazłem się we wspomnianym pokoju. Jakie było moje zdziwienie gdy uprzejma pani poinformowała mnie, że nie może podać mi danych do pracodawcy, ponieważ nie jestem zarejestrowany jako bezrobotny we Wrocławskim Urzędzie Pracy, tylko w jakim innym. Dodatkowo ciśnienie podniosło mi się, gdy dowiedziałem się, że we Wrocławiu nie mam możliwości zarejestrowania się jako bezrobotny, ponieważ nie jestem w tym mieście zameldowany. Kto w Polsce wymyślił te dziwne przepisy i rozwiązania? Kolejka do pokoju 603 to jakiś niepotrzebny absurd! Każdy, kto korzystał z usług brytyjskiego Jobcentre bardzo szybko zauważy różnicę. Brytyjskie urzędy pracy są ukierunkowane na pomoc w znalezieniu pracy, a polskie z tego co widzę zajmują się „urzędnikowaniem”. W UK w każdym Jobcentre miałem do dyspozycji ekrany dotykowe do wyszukiwania ofert pracy z możliwością wydrukowania interesujących ogłoszeń, a w rogu darmowe telefony aby skontaktować się z pracodawcą. Eh, nieważne….
Wynajęcie lokum.
Po kilku tygodniach pomieszkiwania u brata postanowiłem wynająć jakieś własne lokum. Wynajęcie mieszkania w takim drogim mieście nawet nie wchodziło w rachubę. Koszt kawalerki o powierzchni ok 30 m2 wahał się w granicach 1200 do 1400 zł + koszt rachunków. W cenie 400 do 700 zł można było natomiast wynająć pokój. Na taką opcję więc się zdecydowałem. Po kolei dzwoniłem na wszystkie interesujące mnie ogłoszenia. Najczęstsza odpowiedź to była taka, że ogłoszenie jest już nieaktualne, mimo iż zostało wystawione 15-30 minut temu. Kolega, który miał już kilka lat doświadczenia z wynajmowaniem pokoi doradził mi, że jeżeli chcę coś ciekawego znaleźć to trzeba włączyć serwis ogłoszeniowy i co chwilę odświeżać stronę. Zazwyczaj jak się jakaś oferta pojawi w rozsądnej cenie to zaraz znika. Dostosowałem się do porady. Dzięki temu przez kilka następnych dni udało mi się oglądnąć kilkanaście pokoi. Na tym etapie odbywa się zazwyczaj tzw. casting (jak to nazywają mieszkańcy Wrocławia). Wygląda to mniej więcej jak rozmowa kwalifikacyjna o pracę. Właściciel lokum zadaje potencjalnemu najemcy masę pytań odnośnie stanowiska na którym pracuje oraz zarobków i stabilności zatrudnienia, zadaje pytania odnośnie dotychczasowego miejsca zamieszkania oraz dlaczego potencjalny lokator opuścił poprzednie miejsce zamieszkania. Informuje o tym, że za nic w świecie nie zgodzi się na zameldowanie lokatora, ponieważ może mieć przez to niepotrzebne problemy. Stawia również swoje wymagania(które zresztą są zrozumiałe) typu cisza, spokój, porządek, pieniądze z góry przed rozpoczęciem każdego miesiąca. Następnie jeżeli potencjalny lokator wyrazi zgodę na wszystko zostanie dopisany do listy oczekujących. Wybrana osoba zostanie poinformowana telefonicznie o tym że szczęśliwie przeszła „casting”.
Dopiszę jeszcze listę pomieszczeń, które miałem okazję oglądać, które to z kolei niektórzy właściciele potrafią nazywać „pokojem”. Mianowicie:
- komórka w której mieści się tylko łóżko,
- trochę odrestaurowane pomieszczenie w piwnicy, gdzie nad łóżkiem wisi bojler oraz rury centralnego ogrzewania,
- pomieszczenie bez okna zaadoptowane na pokój,
- szerszy korytarz przez który mogą przechodzić inni współlokatorzy.
Dopiszę jeszcze kilka ogłoszeń „perełek”, które zapadły mi w pamięci:
- zadbany pan po 40 wynajmie pokój atrakcyjnej studentce w zamian za „pewne przysługi”,
- do wynajęcia dolna część łóżka piętrowego w pokoju trzyosobowym,
- do wynajęcia łóżko w pokoju trzyosobowym. Dwie pozostałe osoby to małżeństwo(wiek: 24 i 23 lat). Jeżeli ci to nie przeszkadza to dzwoń. Niska cena.
Na szczęście po ok 2 tygodniach poszukiwań udało mi się znaleźć pokój na stancji w rozsądnej cenie(500zł). Po uczestnictwie w niejednym castingu, godzinach spędzonych na odświeżaniu stron z ogłoszeniami, kilometrach spędzonych w korkach w celu oglądnięcia lokalu zacząłem tęsknić za Anglią, gdzie to lokal czeka na najemcę a nie najemca na lokal. Eh, nieważne….
Rejestracja samochodu.
Kupiłem okazyjnie samochód, cena niska, jednak pojazd wymaga kilku drobnych napraw. Brat jest mechanikiem, więc naprawa drogo nie wyszła. Zostaje tylko zarejestrować autko. Nie mogę tego zrobić we Wrocławiu, gdzie mieszkam z oczywistych względów: nie jestem zameldowany w tym mieście. Muszę więc jechać 200 km na południe i tam załatwiać wszelkie procedury. Może to nawet i lepiej, ponieważ dowiedziałem się od znajomych z Wrocławia, że we Wrocławskim Wydziale Komunikacji są takie kolejki, że lokalni „dorabiacze kolejkowi” biorą po 50 zł za dobre miejsce w kolejce. Zapłacić trzeba, ponieważ nawet jeśli wstaje się wcześnie rano, to do godziny 14:00, kiedy to zamykają się drzwi nie da się załatwić wszelkich formalności. Tak więc rejestrowałem moje autko w Głubczycach, gdzie ze względu na miejsce zameldowania siłą rzeczy przynależę. Ok. godziny w kolejce do okienka, wypełnienie wniosku, zdanie starych tablic, druga kolejka do kasy. Tutaj lista opłat:
–12 zł – dowód tymczasowy,
–80 zł – tablice rejestracyjne,
–12 zł – nalepka na szybę,
–53 zł – dowód rejestracyjny.
Następny ważny krok to wycieczka do urzędu skarbowego. Jak wiadomo, każdy nowy posiadacz pojazdu wzbogacił się, więc powinien zapłacić podatek od wzbogacenia. Nie ważne że kupiłem swój samochód za 3500 zł, według obowiązującego katalogu który mieli w tym urzędzie mój samochód był warty 4800 zł. Podatek wynosi 2% tej kwoty, czyli 96 zł. Po zapłaceniu tej kwoty jeszcze raz trzeba się było ustawić w kolejce w wydziale komunikacji przedstawić dowody uiszczenia wszelkich opłat, odebrać tablice i dowód tymczasowy. Całość udało mi się załatwić w ok. 3,5 godziny. Po upływie ok. miesiąca znowu musiałem wybrać się w podróż 200 km, żeby wymienić dowód tymczasowy na stały. Nawet nie chce mi się porównywać tego całego procesu do angielskiego procesu rejestracji pojazdu, gdzie kupujący ani sprzedający nie płaci ani centa za zarejestrowanie, gdzie tablic w samochodach nie trzeba wymieniać, a nowy dowód rejestracyjny przychodzi po prostu pocztą do domu. Eh, nieważne….
Urzędy pracy – ciąg dalszy.
Pod koniec lutego 2009 przyszedł mi w końcu list z HM Revenue z moim formularzem E301. Mogę w końcu udać się do urzędu pracy i udokumentować mój okres zatrudnienia w Wielkiej Brytanii. Niedługo prawdopodobnie dostanę zasiłek dla bezrobotnych – pomyślałem sobie. Dopiero miało się okazać jak bardzo się myliłem. Powiatowy Urząd Pracy odesłał formularz do Wojewódzkiego Urzędu Pracy, który to zajmował się wypłacaniem takich zasiłków. Dwa tygodnie później dostałem telefon z Wojewódzkiego Urzędu Pracy z informacją, że nie zgadza się jedna kwestia: mianowicie na moim formularzu E301 widnieje informacja, że pracowałem do 30 grudnia 2008, natomiast również 30 grudnia 2008 zarejestrowałem się jako bezrobotny. Sprawę trzeba było wyjaśnić w Powiatowym Urzędzie Pracy. Skontaktowałem się z HM Revenue dlaczego w taki sposób zostało wydane mi to zaświadczenie, skoro zakończyłem pracę jeszcze przed świętami. Okazało się, że miałem kilka dni niewykorzystanego urlopu, który został mi wypłacony jako jeszcze jedna tygodniówka i został zakwalifikowany jako okres zatrudnienia. OK, niech będzie i tak. Tę informację przekazałem konsultantowi w Powiatowym Urzędzie Pracy. Wszystko trzeba było jakoś odkręcić. Konsultant nie do końca wiedział co zrobić, więc wezwał kierowniczkę, ta z kolei wezwała dyrektorkę Urzędu Pracy. Cała trójca miała naprawdę twardy orzech do zgryzienia: czy moja wcześniejszą rejestrację uznać za nieważną na podstawie wprowadzenia błędnych danych? Czy może ja powinienem się wyrejestrować na własną prośbę bez prawa do zasiłku i zarejestrować się od nowa z prawem do zasiłku? Czy jest jakaś opcja przesunięcia dat? Jeśli rejestrację uznać za nieważną to co zrobić ze składkami do ZUS, które Urząd Pracy płacił za mnie przez ostatnie dwa miesiące? Po upływie pół godziny i przestudiowaniu jakiejś księgi z przepisami zapadła decyzja: muszę się zarejestrować ponownie z aktualną datą (czyli 3 marca 2009) jako data rejestracji. Z racji tego, że z ostatniego miejsca pracy zwolniłem się na własne życzenie to zasiłek dostanę dopiero po trzech miesiącach. Usłyszałem jeszcze od jednej z pań „że nie trzeba było oszukiwać”. Zabrzmiało to tak jak bym miał jakiś interes w tym, aby mój okres zatrudnienia naciągnąć o jeden tydzień. W sumie nie wiem po co się od nowa zarejestrowałem. Urząd pracy na tablicy ogłoszeń miał tylko trzy lokalne oferty pracy, reszta to fachowe oferty zagraniczne. Do rozdysponowania tych trzech ofert pracy cały sztab specjalistów: konsultantów, szkoleniowców, kierowników i dyrektorkę. Eh, nieważne…
Poszukiwania pracy.
Od samego momentu przyjazdu do polski moim priorytetem było znalezienie pracy. Nie będę tutaj się rozpisywał o setkach wysłanych podań o pracę oraz CV. Mimo skończonych studiów składałem podania na różne stanowiska: od ciężkich prac fizycznych po bardziej fachowe i specjalistyczne stanowiska, bardziej odpowiednie dla moich kwalifikacji. Odpowiadałem na ogłoszenia w prasie, internecie, odwiedzałem również niektóre firmy osobiście z pytaniem o pracę. Średnio raz lub rzadko dwa razy w tygodniu trafiła się jakaś rozmowa kwalifikacyjna, zakończona stwierdzeniem „Dziękujemy za zainteresowanie naszą firmą. Po zakończeniu rekrutacji skontaktujemy się z wybraną osobą ”.
Wspomnę jeszcze o kilku ciekawszych ofertach pracy na które się natknąłem:
- W pewnym urzędzie moje CV wylądowało w koszu, ponieważ pod obowiązkową formułką, którą trzeba zamieścić w polskich CV o treści „wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych[...]” nie było mojego podpisu. W związku z tym moje podanie o pracę nie spełniało „wymogów formalnych”. Rozumiem, że to jest oczywiste, że trzeba tam złożyć podpis!
- Pewien znany dystrybutor prasy zaproponował mi stanowisko pracy na magazynie, jednak warunek konieczny był taki, abym przez tydzień popracował za darmo bez żadnej umowy. Jeżeli okaże się, że jestem dobrym pracownikiem to po tygodniu podpiszemy umowę. Grzecznie podziękowałem.
- W pewnej firmie z Wrocławia podczas rozmowy kwalifikacyjnej zapytano mnie czy gdybym się zdecydował dla nich pracować, to czy mógłbym założyć sobie działalność gospodarczą i wtedy jak by była praca to by mi coś zlecili. Podziękowałem.
- Podczas wypełniania formularza aplikacyjnego u jednego z inwestorów z Korei w podwrocławskich Kobierzycach wdałem się w rozmowę z portierem. Opowiedział mi co nieco o zakładzie pracy do którego składam podanie. Otóż płacą niewiele ponad minimalną krajową, co pół roku zwalniają ok 30% najwolniejszych pracowników a zatrudniają nowych. Atmosfera pracy podobno jest fatalna. W takim drogim mieście jak Wrocław ciężko jest znaleźć pracowników za tak niskie pieniądze, więc wielu pracowników autokarami dowożą aż spod Wałbrzycha oraz z północy woj. Opolskiego. Za wynajęcie autokarów płacą urzędy pracy.
Mimo wszystko podanie złożyłem. Żadnej odpowiedzi się jednak nie doczekałem.
- Jeszcze w innej firmie do której poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną na stanowisko pracownika administracyjnego, okazało się że zamiast rozmowy jest od razu przyuczenie do stanowiska pracy. Razem ze mną na szkoleniu było jeszcze chyba z 10 osób. Uczono nas technik manipulacji klientem oraz jak „wciskać” dekodery Cyfry+ osobom starszym. Nie udało mi się dotrwać do końca szkolenia. Jakoś w trakcie się zabrałem do domu.
Ciekawym wyznacznikiem sytuacji na rynku pracy w Polsce jest portal infopraca.pl, gdzie można zarejestrować swoje CV i list motywacyjny a następnie jednym kliknięciem składać podanie na wybrane stanowisko. Przy każdej ofercie pracy znajduje się licznik mówiący o tym, ile osób złożyło podanie na dane stanowisko. Z tego co pamiętam to na fachowe stanowiska (np.: programisty PHP na które składałem) było zazwyczaj od 15 do 50 osób na jedno miejsce. Na jakiekolwiek stanowisko w biurze zazwyczaj było po 150 do 500 podań. Zapadła mi też w pamięci jedna oferta pracy w agencji wynajmu mieszkań w której pracodawca płacił coś ok 1300 brutto, nie wymagał doświadczenia, oferował przeszkolenie. Na tę ofertę zgłosiło się ponad 2000 osób. Doszedłem do wniosku, że pracodawca bez wątpienia przepłaca, skoro aż tyle chętnych ma na tę posadę. Eh, nieważne…
Zacząłem wątpić w możliwość znalezienia pracy w Polsce. Z nostalgią wspominałem Wielką Brytanię, gdzie przyjeżdżając nawet z kiepskim językiem angielskim, w ciągu tygodnia znalazłem pracę. W momencie utraty jednym zakładzie w ciągu kilku dni potrafiłem znaleźć zajęcie w innym miejscu. Po przeglądnięciu moich kalendarzy z roku 2007 i 2008 wychodzi na to, że byłem bezrobotny tylko 5 dni po przyjeździe, 4 dni w styczniu 2008 oraz 2 dni we wrześniu 2008.
Powrót na wyspy.
Mijały dni, tygodnie, miesiące. Pod koniec maja 2008 było to już pół roku od momentu powrotu do Polski. Wtedy też podjąłem decyzję o powrocie na wyspy. Przyznam że podejmując tę decyzję miałem pewne wątpliwości. W telewizji mówiło się o tym że Stany Zjednoczone oraz Zachodnia Europa jest głęboko pogrążona w kryzysie. Podawano, że jedynie Polska jest na tle europy tzw. „Zieloną Wyspą”. Myślałem wtedy „Skoro w Polsce – zielonej wyspie jest tak ciężko znaleźć pracę, to co dopiero w Wielkiej Brytanii”. Obawiałem się, że dostępne będą tylko najcięższe stanowiska za stawkę minimalną. Moje wątpliwości szybko się jednak rozwiały. Po na „stare śmieci” i tygodniu poszukiwań, udało mi się znaleźć pracę w magazynie w dodatku za stawkę znacznie przekraczającą stawkę minimalną. Po miesiącu pracy, gdy znalazłem lepiej płatne stanowisko zmieniłem pracę.